Błękitni znajomi

Błękitni znajomi

Głośne „tiliiit…” gdzieś z wnętrza gęstej jak mleko mgły, zdradza nadlatującą strzałę. Z furkotem przysiada na starym pniu, nerwowo mierzy wzrokiem to w prawo to, w lewo…. Rzucam okiem w małe szkiełko wizjera – Jest! Wstrzymuję oddech, zastygam w bez ruchu na kilka minut, aż mój błękitny odrzutowiec spokojnie rozgości się na ulubionym miejscu. Zimorodek – niebieska perła naszej przyrody. Mały, ale szybki myśliwy to jeden z moich ulubionych gatunków zarówno na fotografii jak i w obserwacji. Zwinny w locie, ciekawy w zachowaniu, a na polowaniu efektowny i niezłomny. Ulubiony, nie tyle z powodu pięknego, egzotycznego ubarwienia, co z zachowania, zwłaszcza iż tą samą rodzinkę jest mi dane obserwować już kilka lat…

O wschodzie...

Wszystko zaczęło się od plastikowej rury, w wrześniowy zachód słońca… Uganiałem się wtedy za czaplami, gdy tuż nad głową śmignął mi zimorodek. Śmignął i poleciał na sąsiedni staw. Nic nadzwyczajnego, ale wcześniej w tym miejscu go nie słyszałem. Nie minęło 5 minut, to samo. Kolejne minuty i znów… lecz tym razem głos nie ucichł. Delikatnie podczołgałem się wśród traw, nad brzeg grobli. Nic. Nie ma go. Delikatnie przemierzam obiektywem centymetr po centymetrze, każdy wystający z wody element. Nim odrywam oko od wizjera – „tiliiit…” – przyleciał. Mam go! Usiadł na rurze przelewowej stawu. Nim ustawiam aparat, wzlatuje do góry, mierzy i z głośnym pluskiem odławia pierwszą kijankę… Jemu się udało, mi już gorzej – nie trafiam z ostrością. Zdjęcie jest… ale do niczego. Podsuwam się powoli coraz bliżej niego, ale zimorodek zachowuje się tak jakby nie widział we mnie zagrożenia. Kolejne ujęcia już ostre, w ciepłym świetle zachodu. Dumny z siebie i zimorodkowego debiutu w moim słabawym portfolio, dokumentuję na koniec jeszcze kilka ujęć, jak się później okazuje, jedynego udanego spotkania w 2010 r.

Zimorodek z plastikowej rury

Kolejne i częstsze spotkania w następnym roku to plątanina przypadków i kapryśnej natury. Tym razem przegapiłem wiosnę i do zimorodka przyciągnęła mnie latem rodzinka błotniaków stawowych. Wyprowadziły lęgi i lotne już młode upodobały sobie na stołówkę kilkumetrową stertę ziemi, obrośniętą trzciną, ledwo kilkanaście metrów od czatowni. Dla obserwatora miejsce bardzo dobre, lecz dla nieszczęśnika pełzającego w trawach dla lepszej perspektywy zdjęcia już nie…

Młode błotniaki

Zamontowałem więc stary pień tuż nad brzegiem, tak by wychodził nad toń wody, lecz ten nie przypadł młodym drapieżnikom do gustu. Niespodziewanie i nieświadomie zrobiłem, za to prezent zimorodkowi. Przez wszystkie dni spędzone w czatowni w oczekiwaniu na błotniaka, zawsze towarzyszył mi zimorodek i … mgła.

We mgle

Mikro klimat stawów nie raz dawał mi się we znaki. W letnie miesiące zazwyczaj nad groblą słońce grzało od wczesnych godzin, by 1,5m nad powierzchnią wody snuła się gęsta warstwa pary wodnej. Jeden dzień pozwalał na zdjęcia z ledwo prześwitującym żywo zielonym tłem trzcinowiska, by następnych kilka było białą, gładką ścianą. Raz tylko pomarańczowa tarczą słońca przebijająca poranne chmury i ta ciągle wisząca nad powierzchnią stawu skomponowała środowiskowy obrazek z zimorodkiem w roli głównej… Miejsce okazało się niezbyt fortunnym i niebieska strzała poszła znów w odstawkę do następnego roku.

Zimorodkowa scenka

Nadszedł w końcu 2012 rok. Nie tyle wyczekiwany, a dokładniej przygotowany. Postanowiłem precyzyjniej wybrać miejsce sceny fotograficznej. Określiłem rejon skąd nadlatują zimorodki, wybrałem miejsce gdzie nie brakuje drobnych ryb i żab… Pierwsze półrocze przeleciało dość szybko i pracowicie, ale niestety nie z z błękitnymi lotnikami, aż do czasu… Końcem lipca przyszedł czas na pierwszą zasiadkę. Profilaktycznie na miejscu rozstawiłem się przed świtem, by sprawdzić o której rodzinka zimorodków zabiera się za łowy. Tiiliit – głos wyrywa mnie z czujnej drzemki. Jest kilka minut po 5 rano. Nawet nie uruchamiam aparatu – jeszcze będzie okazja – Tiiliit – dobiega pisk zza pleców – jest następny.

Bracia

Z wielką przyjemnością obserwuję jak przeganiają się 4m ode mnie, poprawiają piórka, polują, kąpią, znów przeganiają… i tak co kilka dni, gdy tylko mam czas i siłę powstać przed świtem z ciepłego, gorącego łóżka.

Poranna toaleta

Malutki wyświetlacz aparatu, każdego fotograficznego poranka mieni się odcieniami pomarańczu, niebieskiego i zieleni tła przeplatanego żółtymi akcentami kwitnących na wodzie kwiatów. Statyczne, acz piękne atlasowe ujęcia tracą blask jednego dnia. Dnia w którym, zimorodkowy przerost ambicji dane mi jest zarejestrować na małej karcie pamięci.

Lądowanie

Zaczęło się jak zwykle. Kąpiel, kilka przelotów wokół stawu, sprzeczka o miejscówkę, ale tym razem jeden osobnik sprawiał wrażenie silniejszego. Nim słońce przecięło białą ścianę mgły, ten już uparcie, raz po raz nurkuje za wypatrzoną drobnicą. Skupiony wzrok, szybki wzlot 3-4 m nad lustro wody, celuje i ostro pikuje w dół. Kilka prób aż w końcu wyciąga niewielką kijankę i sprawnie połyka nim zdążę przygotować aparat. Kilka chwil i znów z mozołem podlatuje z kolejną ofiarą. Tym razem inną. Większą. Patrzę w oczko aparatu jak ten się uwija. Upolował dość dużą żabę jak na gabaryty myśliwego. Śniadanie jeszcze się rusza, więc ten nie czekając obraca ją kilka razy w dziobie i energicznym ruchem ogłusza. Kombinuje, obraca, wykręca, próbuje połknąć…aż w końcu poddaje się i upuszcza zbyt obszerne śniadanie… Duże, choć tego dnia nie największe…

Zimek i zaba

Mija 2 godziny, a ten zawzięcie podlatuje co kilkanaście minut. Wreszcie przysiada na dłużej i już pierwsza próba okazuje się skuteczna. Dumnie wyciąga z wody ok 8 centymetrowego bolenia.

Zdobycz

Ryba zamiata ogonem, ale tym razem ptak nie ociąga się. Obraca dziób i szybkim ruchem kilka razy uderza rybą prosto w patyk. Trzask i rozpryskujące krople, które obserwuję w okienku wizjera dają niesamowicie barwne obrazy. Dokumentuję seriami te zmagania, a maleńki bufor w aparacie zapycha się w kilka sekund. Ponownie ofiara przerasta łowcę. Łowca siłuje się jeszcze chwilę, lecz w końcu puszcza martwą już zdobycz… Siedzi tak zawiedziony kilka minut, wyraźnie zmęczony bezsensowną pracą. „Tiiilitt…” – unosi się, podlatuje i znika za trzcinowiskiem.

Ofiara

Do końca sierpnia jeszcze kilka razy obserwuję piękno, grację i niespokojnego ducha tych ptaków. Fotograficznie z zadowoleniem wypełniam zadanie. Następny rok z zimorodkami był nie mniej ciekawy, bogatszy w obserwacje i doświadczenia, choć ubogi zdjęciowo, choć w innej i mniej barwnej scenerii. O tej samej rodzinie zimorodków, znad zaśmieconej rzeki, opowiem w następnej relacji.

Poranna toaleta

Zdjęcia i opis: Michał Kut