O bobrze, bączku i dziurawej czapli

O bobrze, bączku i dziurawej czapli

… czyli nudna opowieść niedzielnego poranka.

Tak się w tym roku ułożyło, że praca pochłonęła wszelki dostępny czas na fotograficzne wschody słońca. Minęło ładnych kilka tygodni od ostatniego zrywania w środku nocy, opuszczania ciepłego łóżka, żeby upaprać się w błocie po uszy dla tych kilku ujęć. Splot wypadków, bezsenna noc i śmierć kolegi, zafascynowanego zresztą fotografią przyrodniczą zmotywowały mnie na tyle, że w końcu postanowiłem wyruszyć w teren w sobotnią noc. Brak planu, brak snu, aż w końcu zasnute chmurami niebo wpędziło mnie jednak z powrotem w ciepłe łóżko. Plan „foty” przekładamy na niedzielny świt. Wspomniany wypadek Maćka przypomniał mi o miejscu, w które miałem zabrać go tego lata – Zalew Rzeszowski.

Niedziela nad ranem to specyficzny czas. Po ciemnych ulicach mieszają się ci co jeszcze nie śpią i ci co już powstawali. Szwendają się  niedobitki (czy tam niedopitki) sobotniej nocy, mijam śpiących po przystankach, którzy nie mogą zakończyć soboty.  Bardzo wolnym tempem docieram na miejsce. Zapach niedogaszonego grilla na brzegu miesza się z wilgotnym powiewem znad wody.

Na zalewie jeszcze półmrok. Biała kołderka nocnej mgły okrywa taflę wody. Jaśniejące czyste niebo zapowiada ładny, lipcowy wschód słońca. Tylko  ten zdziwiony wzrok wędkarza, co za artysta nocą pakuje się do wody… I to jeszcze większe zdziwienie że ten artysta pływa. Robię pierwsze kroki, tracę kontakt z dnem i w drogę. Przyjemne ciepło wody, bezwietrzna cisza. Po kilkunastu minutach płetwy delikatnie zaczynają ocierać się o dno. Mielizna. Taki mały ptasi raj. Ostatnie sprawdzenie ustawień aparatu i zaczynam ciche oczekiwanie. Delikatnym ruchem odsłaniam kolejno wąskie okienka pływadełka i wpatruję się w zamgloną powierzchnię Wisłoka.

Głośny plusk z lewej od razu powoduje przyśpieszone tętno. Nie, to nie ryba… Jest! W siatkowym okienku widzę płynącego w moją stronę bobra. 10m, 7m, 4m, 3m… szybko zmniejszam ogniskową i czekam na tą jedną serię. „Gruby” zwalnia i małymi oczkami przygląda mi się z zaciekawieniem. Szybka seria, 5 czy 6 klatek. Mam go.  Blisko, tak blisko, że „łapę” tylko portret. No, niezłe powitanie!

IMG_9165

Moment śledzę go jeszcze, jak odpływa w górę rzeki. Niebo już przybiera wszelkie odcienie różu i pomarańczu. Skrzeczenie nad głową zwiastuje tylko jedno – lecą do mnie czaple, a jak na zawołanie wtórują im rybitwy i mewy. Wstaje dzień. Mozolnie, nieprzerwanie pełzam po płyciznach, wprost mały „ptasi raj”. Czaple, kaczki, łyski, kokoszki, pliszki, kwokacze, piskliwce i wspomniane mewy oraz rybitwy – wszystko w jednym miejscu. Bliżej i bliżej, opływam je dookoła. Jaśniejące niebo, poranna mgła i rybitwy zaczynają tworzyć wspaniałe obrazki. Omijam je, robiąc przy tym kilka ujęć w kontrze. Wschód to zdecydowanie najpiękniejsza pora dnia nad wodą.

IMG_9181

Z każdym krokiem coraz pełniej wyłania się ptasia wyspa. Kilka czapli,  mnóstwo kaczek i coraz głośniejsze krzyki mew. Wreszcie ustawiam się w pod właściwym kątem do światła, tła i modelek. Pozostaje tylko powoli, miarowo zmniejszać dystans. Już po kilku metrach pod płetwami znów czuję dno. Kilkanaście ruchów i zaczyna się jazda. Pełzanie z rękami na plaformie, w półmetrowym mule… Taaa! Więcej się nie zbliżę.  Z trudem wiję się w tej błotnistej mazi, co od razu zwraca uwagę ostrożnych czapli. Wyciągają swoje długie prążkowane szyje, zaglądając co rusz, co to za wynalazek tak szamoce się na ich żerowisku. Najbardziej zaiteresowana wydaje się „dziurawa” czapla z mocno okrwawioną szyją.

IMG_9224

Obserwuje mnie uważnie. Na moje nieszczęście muł okazał się bardziej miękki niż myślałem. Wessało mnie tak pięknie, że kilka energicznych ruchów i co starsze długoszyje czaple, niepewne gościa, odlatują kolejno w górę zbiornika. W kadrze zostaje tylko ta jedna „dziurawa”, też jakby gotowa do odlotu. Teraz wiem, że wysiłki poszły w błoto. Dosłownie. Nie zbliżę się już ani metra, więc robię jeszcze jedną serię i zaczynam przebijać się/grzebać (niepotrzebne skreślić) w stronę głębszej wody.

Ostrożność czapli na szczęście nie pociągła za sobą reszty ekipy. Kaczki mnie nie interesują, a kolejny wymarzony obiekt brodzi w tym samym mule co ja, 10 m dalej, ale… za kępą turzyc. Trójka brodźców, w składzie: para kwokaczy i towarzysz w postaci brodźca piskliwego. Pewnie jedyna, poranna chmura na niebie na moment przesłania wschodzące zza lini trzcin słońce. Takie kilka minut prezenciku od natury, dając czas na manewry w kierunku trójki brodźców. Piskliwego w mojej fotograficznej historii kilka razy złapałem na plastikową kartę, ale kwokacz, gdzieś zawsze umykał przed dobrym tłem, czy to miękkim światłem. Tutaj jest inaczej. Promyczki słońca, bezwietrzna tafla wody i kwokacz jakieś 4-5m ode mnie. Idealnie, wykwintie, czy jak by to nie nazywać – już w oczku wizjera widok jest niesamowity. Przez gruby korzeń, z masą śmieci, nie jest mi dane uwiecznić jego porannej kąpieli. Za to zaraz potem wchodzi prosto pod moje szkło. Mój głośno trzaskający Canon, jakoś mu nie przeszkadza, więc robię dziesiątki podobnych ujęć, szukając, kawałka czystego tła, bez korzeni czy śmieci.

IMG_9286

Mimo, że ujęcia statyczne, prawie bez ruchu modela, jednak dobre, na moje możliwości bardzo dobre… Krótki przegląd efektów na wyświetlaczu, mówi sam za siebie – „Michał, będziesz pan dumny z siebie tej niedzieli…”. Jeszcze dłuższą chwilę obserwuję śniadanie mojej trójki brodźców, aż w końcu wchodzą za kępę turzyc. Teraz mogę im odpuścić. Wracam do brzegu. Trzeba zrobić dobre 300m i to pod wolny prąd Wisłoka.

W ciągu tych kilku godzin przybyło wędkarzy, co kawałek po 2 kije. A ja niechcący stałem się atrakcją turystyczną. Jeden drugiemu pokazuje ręką płynące pod prąd cudo w maskowaniu moro. Ba! Jeden z lornetką, drugi nagrywa mnie przez kilka minut jakimś superzoomem. Taka wada ogólnodostępnych zbiorników. Trudno. Pora niezbyt późna, więc płynę wyżej punktu początkowego, w stronę wielkiego żeremia. Tuż nad głową poluje para błotniaków, a dwójka młodych oblega pobliskie, suche drzewo. Szkoda że trzciny zasłaniają widok. Fajnie by było coś jeszcze „klapnąć” tego poranka. Mijam przycumowane na środku rowerki wodne, podpływam 50m i jak na życzenie… w trzciny wpada bączek. Tuż przede mną, dosłownie 10m ląduje samczyk. No fuks. Powoli odwracam się, szukam go po trzcinach. Słychać, lecz nie widać…  Szukam przy linii, z jednej z drugiej, a nawet nie zauważam, że nad głową siedzi samica. Z 10 razy przeglądnąłem to miejsce, ale tu jej się nie spodziewałem.

IMG_9336

Oddalam się lekko, przestawiam głowicę do wyższej perspektywy i łapę kilka ujęć. Szkoda że, akurat siedzi w cieniu. Ale, zaraz. Przecież to samiec lądował, a ja fotografuję samicę. Obniżam szkło i szukam ruchu w gęstym lesie żółtych łodyg. Słychać tylko trzaski, ale dalej go nie widać. Po chwili wychylił długi dziób, na moment wyciągnął jak struna.

IMG_9351

Poobserwował mnie przez moment i zabrał się za polowanie. Pewny swoich maskujących kolorów i niedostępności terenu dla innych gatunków pozwolił przy tym się pięknie obfotografować. Zerkał swym przenikliwym wzrokiem to na mnie to w wodę. Przechodził to w prawo to w lewo, zadziwiająco sprawnie chwytając się trzcin. Fantastycznie jest obserwować, jak zwinnie i z opanowaniem porusza się tuż nad powierzchnią wody. A ja przymierzyłem ostrość, ustawiłem się w bezruchu i czekam na jakąś akcję…

IMG_9361

Wreszcie wyciągnął się w przód, zamarł. Wyostrzył wzrok w jednym punkcie i z bezruchu, w mgnieniu oka wbił się w wodę. Pasiasta strzała z głośnym pluskiem wbija się w taflę wody.  Kryształy wody bryzgają w powietrze. Tylko moja niezdarność powoduje że ostrość ląduje nie tam gdzie trzeba. Cóż. Okazja była i się zbyła. Może kiedyś będzie mi dane mieć przyjemność obserwacji polowania bączka.

IMG_9367

Na koniec, wracając do nadbrzeżnej przystani, zaglądam na jeden z ulubionych korzeni rybitw i mew. Płynę z nurtem, powoli i jednostajnie wprost na parę rybitw zwyczajnych. Tak pospolitych, a rzadko goszczących na moich zdjęciach. Znów wbijam się w miękkie, a jakże wciągające błocko. Zamieram bez ruchu i czekam kilka minut.  Łagodne, lecz wysokie słońce filtrowane przez pojedynczą chmurę daje jednak niezwyczajny efekt. Nie medalowe, nie doskonałe, nie rewelacyjne, ale jednak inne. Z gracją, z plastyką pozornie tylko białych piór…

Tym ostatnim zdjęciem kończę mój rozlazły wywód. Błoto już zmyte, skafander wyprany już nie śmierdzi mułem… do następnego moczenia w Zalewie!

IMG_9393

 

Michał Kut